|
Ankieterzy będą chodzić po osiedlowych sklepikach i pytać: Czy pan (pani) zatrudni kasjerkę z hipermarketu? Jeśli odpowiedź będzie twierdząca, resort pracy poprze zakaz
Leszek Kostrzewski, Piotr Miączyński
Gazeta Wyborcza, 4. września 2006 r.
Nietypowa akcja Ministerstwa Pracy ma się zacząć w "najbliższym czasie" i zakończyć pod koniec roku. Sieci hipermarketów straszą, że jeśli parlament wprowadzi zakaz handlu dla hiper- i supermarketów (a taki pomysł popiera LPR, część PiS i Samoobrony), wyleją na bruk 60 tys. osób. Ankieterzy chodziliby więc po osiedlowych sklepach, pytając właścicieli, czy w takim wypadku przyjmą zwolnione z marketów osoby. Oprócz sondażu urzędnicy mają też policzyć, ilu pracowników może stracić swoje zajęcie.
- Musimy zobaczyć, czy zakaz pracy w niedzielę będzie neutralny dla rynku pracy. Jeśli tak, rozważymy możliwość jego wprowadzenia - wyjaśnia minister pracy Anna Kalata.
Pomysł - delikatnie mówiąc - budzi emocje. - Równie dobrze można pytać właściciela huty, czy, jak zlikwidujemy mu konkurencję, to przyjmie zwolnionych stamtąd pracowników. Oczywiście, że powie "tak" - ironizuje Michał Boni, były minister pracy.
- Argumentacja ministerstwa postawiona jest na głowie - dodaje Maciej Grabowski z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową.
Grabowski zastanawia się, dlaczego zwolniony sprzedawca z marketu ma dalej być sprzedawcą, tylko że w innym sklepie. - Przecież tak jak ślusarz może zostać malarzem, tak sprzedawca - portierem - tłumaczy ekspert.
A co na to wszystko handlowcy?
Jerzy Bartnik, właściciel kilku sklepów z kosmetykami i obuwiem i jednocześnie prezes Związku Rzemiosła Polskiego, zakaz handlu w niedzielę popiera, ale nie wierzy w to, że sklepikarze zatrudnią zwolnionych pracowników marketów.
- Drobny handel to inny handel. Tu trzeba z klientem porozmawiać, doradzić. Pracownik z hipermarketu nie jest do tego przeszkolony - opowiada Bartnik.
- Jeśli ministerstwo podejmie decyzję na podstawie rzeczowych ekspertyz, to jest to gra fair - twierdzi Andrzej Maria Faliński, sekretarz generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji zrzeszającej hiper- i supermarkety (z urzędu przeciwny zakazowi).
Tyle że według Falińskiego oprócz pracowników sklepów resort powinien do listy potencjalnych bezrobotnych doliczyć osoby zatrudnione w centrach handlowych czy niektórych dostawców (np. lodów), którym towar schodzi przede wszystkim w niedzielę w markecie.
Pomysł zakazu handlu w niedzielę zgłosiła w grudniu ubiegłego roku LPR. Zgodnie z nim szlaban na niedzielny handel nie dotyczyłby drobnych przedsiębiorców, którzy w swoich sklepach spożywczych zatrudniają nie więcej niż dziesięciu pracowników i mają obroty poniżej 2 mln euro rocznie.
Według prawników proponowane przepisy są jednak pełne dziur niczym dobry szwajcarski ser. Jeśli wejdą w życie, w niedziele i święta zamknięte byłyby nie tylko supermarkety, ale także telewizja, radio, giełdy samochodowe, kwiaciarnie, piekarnie, a nawet... zaoczne szkoły wyższe (uczy się w nich 900 tys. studentów). Poza tym projekt Ligi przewidujący uprzywilejowanie drobnych sklepikarzy jest niezgodny z konstytucją. Tego samego zdania jest NSZZ "Solidarność" (związek popiera całkowity zakaz handlu, nawet dla drobnych sklepikarzy). Aby być w zgodzie z konstytucją, parlament musiałby wprowadzić zakaz pracy w niedzielę dla wszystkich sklepów - zarówno małych, jak i dużych.
Mimo opinii prawników minister Kalata uważa, że zakaz nie złamie konkurencji na rynku. Powód? - Warunki pracy w hipermarketach są o wiele cięższe niż w niewielkich sklepach przy osiedlach - tłumaczy pani minister.
Michał Boni, były minister pracy: - Ministerstwu proponuję też sondaż - czy jeśli dostaniesz gratis cztery bulki, to nie pójdziesz w niedzielę do hipermarketu?
|