|
Grupa handlarzy, która kilkanaście lat temu zagarnęła dla siebie pl. Defilad, do dziś dyktuje warunki władzom stolicy. To zjawisko trudne do wytłumaczenia. Handlarze do perfekcji opanowali kilka sposobów walki o przywileje. A teraz żądają kolejnych.
Małgorzata Zubik
Gazeta Wyborcza, 25. sierpnia 2006 r.
Właśnie nie spodobała im się podwyżka opłaty za dzierżawę gruntu pod Kupieckimi Domami Towarowymi. Co tym razem wymyślą, żeby się wybronić?
W 1989 r. skuteczna okazała się siła faktów dokonanych. Handlarze nielegalnie rozłożyli łóżka na pl. Defilad, nie płacąc za teren. Siłę pięści pokazali w 1995 r., gdy budowano stację metra Centrum - pobili się ze strażą miejską i robotnikami. Siłę gwizdów poznawali radni Śródmieścia, dawnej gminy Centrum, Rady Warszawy w kolejnych latach. Działały na lewicę i prawicę. Gdy tylko zbliżał się kolejny termin opuszczenia placu, kupcy z gwizdkami, transparentami i megafonami wędrowali pod ratusz albo na sesję. Tym sposobem w przeddzień "ostatecznego" terminu wyprowadzki w 1999 r. wymusili przedłużenie umowy o kolejne trzy miesiące i przetrwali letnie kupieckie żniwa. Wtedy objawiła się też siła ich nietuzinkowych pomysłów. Kupcy swoją halę chcieli wcisnąć na pl. Bankowy. Szczęśliwie dla placu i dla warszawiaków koncepcja padła.
Ostatni pomysł mógł się przebić chyba tylko siłą kupieckiego czaru. Nie było bowiem racjonalnego powodu, by ratusz fundował handlarzom kolejny przywilej. Bez przetargu dostali w 30-letnią dzierżawę supercenny grunt. Jeszcze lepszy do handlu niż ten na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, bo to miejsce tuż przy stacji metra Centrum.
Mimo takiego prezentu od miasta kupcom nie odpowiada 60-procentowa podwyżka, która już dotknęła innych dzierżawców z pl. Defilad i środka Śródmieścia.
Decyzja jest w rękach komisarza Kazimierza Marcinkiewicza. Pewnie trudno znieść gwizdy, krzyki i marsze, panie komisarzu, ale najwyższy czas, by powiedzieć kupcom "dość".
|