|
Warszawa i Łódź są podzielone między hurtowników. Masowo kupują bardzo tanią azjatycką odzież i sprzedają ją przez sieć ulicznych handlarzy - tak zwanych staczy
Izabella Adamczewska, Agnieszka Urazińska
Gazeta Wyborcza, 16. sierpnia 2006 r.
Jeden z łódzkich hurtowników, zamożny mężczyzna po 40., mówi nam wprost: - To był pomysł życia. Pracuje dla mnie kilkadziesiąt osób, interes idzie świetnie. W Łodzi we trzech podzieliliśmy się miastem i nie wchodzimy sobie w drogę. Teraz ruszamy na Warszawę - zapowiada.
Łódzki policjant z wydziału przestępczości gospodarczej: - Hurtownicy mają swoje terytoria, są jak mafia. Trudniej się z nimi rozprawić niż z dilerami narkotyków, bo uliczny handel ma społeczną akceptację. Na dilera ludzie doniosą, emerytki z kartonowym pudełkiem pożałują. I jeszcze biustonosz kupią.
W Łodzi na chodnikach sprzedaje kilkaset osób, w Warszawie tyle samo.
Godz. 5. Wólka Kosowska pod Warszawą. Tu zaopatrują się właściciele sklepów i bazarowych straganów. W kilku halach kwitnie handel tanią odzieżą - chińską, wietnamską, turecką. Kolorowe biustonosze można kupić w hurcie już za 2,5 złotego, T-shirt za złotówkę, parę skarpetek za 5 groszy! O świcie kierowca podjeżdża po towar. - Teraz najlepiej idą koszulki. Są tacy, którzy kupują nawet tysiąc dziennie - mówi sprzedawczyni z Wólki.
Hurtownicy robią w Wólce zakupy codziennie. Kupują tyle, żeby starczyło na dzień, dwa. Dzięki temu nie muszą wynajmować magazynów.
Godz. 7, Łódź. Kierowcy rozwożą towar staczom. Bezrobotni, emeryci, renciści ustawiają pudła w ruchliwych punktach - przy przystankach tramwajowych i autobusowych, pod pawilonami handlowymi, szpitalami, w okolicach legalnych rynków.
Gdy na horyzoncie pojawi się znajoma twarz z Zarządu Dróg i Transportu, stacz ustawia pudła w stosik - żeby kara za zajmowanie chodnika była mniejsza. - Mandaty mam w nosie. Szef je spłaci - mówi nam handlarka.
Hurtownika stać na mandaty - nie płaci ZUS-u, podatków ani czynszu, a marża jest gigantyczna. Bluzkę, która kosztowała 3 złote, jego ludzie sprzedają z pudła za 15.
Późnym popołudniem po staczy podjeżdżają kierowcy. Sprzedawcy dostają prowizję od utargu - dziennie od 50 do 400 złotych.
Pomysł na uliczny biznes podsunęły hurtownikom przepełnione rynki i bazary oraz cywilizowanie się centrów targowych. Handlowanie w legalnych punktach oznacza stałe koszty. Hurtownicy przywrócili więc na warszawskie i łódzkie ulice obrazek znany z lat 90.
Ceny trzykrotnie niższe niż w sklepach przyciągają klientów. - Nie wytrzymujemy takiej konkurencji. W końcu przestaniemy płacić czynsze! - irytuje się Teresa Stobińska z Łódzkiego Klubu Przedsiębiorców. - Zaśmiecają nam teren wokół sklepów i wrzucają swoje kartony do naszych śmietników. Wbrew swojej woli dokładamy do nielegalnego handlu!
Policjanci twierdzą, że są bezradni. - Towar nie pochodzi z kradzieży, więc nie możemy go odebrać. Alarmujemy skarbówkę i Państwową Inspekcję Pracy - mówi nadkomisarz Cezary Adamczyk, szef wydziału do zwalczania przestępczości gospodarczej łódzkiej policji.
- Okradają państwo, powinni odprowadzać podatek dochodowy - nie ma wątpliwości Jolanta Czajka, wicedyrektor Izby Skarbowej w Łodzi. Ale przyznaje, że skarbówka w sprawie hurtowników nie zrobiła nic. - Znamy problem, ale to nie jest prosta sprawa. Trzeba by przeprowadzić postępowanie sprawdzające w hurtowniach, a przecież nie wiemy, gdzie one są.
Dotarliśmy do sprzedawców i hurtowników. Prześledziliśmy, jak działa olbrzymi rynek "pudełkowego handlu".
Pod naciskiem legalnych sprzedawców łódzka straż miejska ostro wzięła się za staczy. Urzędnicy w eskorcie funkcjonariuszy odwożą ich na targowiska albo przeganiają z zajmowanych chodników. Ale stacze zaraz wracają.
|